Jesienna wyprawa na trocie

WiatraczekDopiero co skończyły się zawody SSP na Ińsku, a my już myśleliśmy o czekającej nas wyprawie. Niemal rok wcześniej wspólnie z Ziomalem i Mazurkiem zaplanowaliśmy wyjazd łowiecki do moich serdecznych przyjaciół Adeliny i Krzyśka, na stałe mieszkających w duńskim Odense. Ciągle jeszcze dyskutując nad właśnie zakończonymi zawodami i doskonałym wynikiem Marka – po raz kolejny ukłony i gratulacje – pakowaliśmy rzeczy do auta., Skrupulatnie przeglądaliśmy sprzęt zastanawiając się co będzie nam potrzebne podczas morskich polowań. Planowaliśmy tygodniowy pobyt w Danii i ostatecznie okazało się, że niewiele łowieckiego ekwipunku uda się zostawić w kraju.

Przed południem w niedzielę, spakowani po sam dach Scenica, ruszyliśmy w trasę. Do Odense mieliśmy około 850 km. Na miejscu byliśmy po dziewięciu godzinach i praktycznie od razu zaczęliśmy planować kolejne dni. Pierwszym krokiem było wykupienie zezwolenia i wyboru miejsca. W związku z tym, że w Danii można polować zarówno w dzień jak i w nocy, praktycznie wszędzie w obszarach morskich (polowanie w wodach śródlądowych jest zabronione), mieliśmy w czym wybierać. Poczuliśmy, że właśnie zaczyna się tak na prawdę nasza duńska przygoda.

Przygotowania do wejścia do morzaRano pobudka, sprawdzenie warunków pogodowych, a w szczególności pływów i wiatru. Szybka decyzja i ruszyliśmy do Nyborga. Nyborg położony jest w okolicy mostu do Kopenhagi i tam właśnie chcieliśmy spróbować łowić pierwszego dnia. Pogoda była zmienna, raz słońce, raz deszcz. W okolicy mostu spotkaliśmy dość silne prądy, ale i trochę ryb. Widoczność miejscami ograniczona do 3-4 m, bliżej dna dochodziła nawet do 8 m.

Wokół nas pojawiały się głównie dorsze i flądry. Przez chwilę miałem widzenie z okazałą trocią ale ryby te są tak czujne, że jak tylko skierowałem kuszę w jej stronę czmychnęła za kamienie. Złowiliśmy kilka dorszy, fląder, rdzawce i makrelę. Jak na początek nieźle ale oczekiwaliśmy czegoś więcej. Tym bardziej, że miejsce wydawało się idealne. Nie namyślając się długo zdecydowaliśmy o powrocie do Nyborga nocą.

Zwarci i gotowi po uzupełnieniu kalorii w trakcie przepysznego obiadu oraz po sprawdzeniu sprzętu, naostrzeniu bądź wymianie pogiętych strzał, około 22.oo ruszyliśmy na łowy. W nocy prąd znacznie się wzmógł. Po wejściu do wody okazało się, że nie można w niej ustać na skałach a jedynie trzymać się ich kurczowo, bądź poddać się i płynąć z prądem. Tak też zrobiliśmy. Na szczęście po kilkudziesięciu metrach prąd zelżał i mogliśmy rozpocząć polowanie. Spotykaliśmy dorsze, małe rdzawce ale tak naprawdę szukaliśmy troci, pięknej, powiedziałbym, królewskiej, ryby.

Dorsze ZiomalaWstyd powiedzieć ale pewnie z emocji, dość trudnych warunków i sam nie wiem czego kolejne dwa razy nie trafiłem do ponad półmetrowych okazów. Po wyjściu z wody okazało się, że wszyscy pokutujemy za brak doświadczenia, co skutkuje niecelnymi strzałami lub spóźnioną reakcją. Dopiero na koniec, w wielkim prądzie , czając się za głazami i czekając na napływające ryby udało mi się trafić do niezbyt okazałej trotki. Niby sukces ale radość niewielka. Cała ekipa ucieszyła się jak już wyszedłem z wody, bo w żartach przed wejściem powiedziałem, że bez trotki nie wyjdę!

Tak minął dzień pierwszy. Zmęczeni naszymi wcześniejszymi zawodami, długą podróżą i dwoma kilkugodzinnymi nurkowaniami zdecydowaliśmy, że kolejnego dnia idziemy tylko na nockę. Zgodnie postanowiliśmy, ze naszym głównym celem będą trocie. Dzień zleciał szybko na rozmowach i odpoczynku. Długo obserwowaliśmy w internecie szczegółowe prognozy pogodowe i planowaliśmy nasze kolejne ruchy.

Padło na okolicę Fyns Hoved. Z relacji Krzyśka, który wcześniej złowił tam ładną troć, to miejsce świetnie nadawało się na nocne poszukiwania właśnie tego gatunku ryby. I tu muszę posypać głowę popiołem. Po dojechaniu na miejsce okazało się, że w moim bagażu nie było rurki. Wyobraźcie sobie moją wściekłość. Koledzy kurtuazyjnie nie skomentowali tego faktu zbyt boleśnie. Co było robić, wszedłem do wody bez tego, jak się okazało, niezbędnego w łowiectwie sprzętu.

Po dwóch godzinach wyszedłem wyczerpany. Kręciło mi się w głowie, było mi mdło i beznadziejnie. Trudno jest szukać ryb, być cicho, oddychać na powierzchni i nie napić się słonej wody z półmetrowych fal. Na szczęście prąd był słaby. Niewielkie pocieszenie tym bardziej, że i oba Krzyśki i Marek wyszli z wody jakieś dwie godziny później z pięknymi trociami. A właściwie TROCIAMI!

Rekordowa troć MazurkaZiomal był na brzegu pierwszy, na nizałce dumnie niósł 1,3 kg troć. Potem wyszedł Krzysiek z dwoma jeszcze ładniejszymi okazami. Miały bez mała po dwa kilogramy. Ale na koniec Mazurek przyprawił mnie prawie o zawał serca. Troć 3,6 kg, 69 cm i druga 2,2 kg były ozdobą wieczoru, a jak się potem okazało, całego wyjazdu. Wspaniałe ryby. Wspaniałe trofeum. Wspaniałe polowanie.

Podobało mi się jak Mazurek odwracał naszą uwagę od ryb – gapiliśmy się na nie jak sroka w kość – wspominając, że to sprzęt HunterSub jest super celny, że miał szczęście, itd. Mazurek jako jedyny używał pneumatyka 85 cm, produkcji naszego kolegi z Inowrocławia i przez całą wyprawę był z niego bardzo zadowolony. Rozwijając temat sprzętu, należy nadmienić, że Ziomal używał kusz Effesub Black Blade w systemie zamkniętym o długości 100 i 120 cm. Mazurek jak już wspomniałem miał pneumatyka i w zapasie 75 cm gumówkę także produkcji Effesub ale w systemie otwartym. Krzysiek zakochany jest w Omerze ET 115cm, a jako zapas miał Seatec Gekko 90. Ja, ze względu na warunki, w tym słabszą od oczekiwanej widoczność, używałem Omera ET 105 cm i Effesuba Black Blade 82cm z zamkniętą głowicą.

Do domu wróciliśmy około 4.00. Po oporządzeniu ryb i przepłukaniu sprzętu położyliśmy się około 6.30. Niestety nasz odpoczynek nie trwał długo. Już o 8.00 Krzysiek delikatnie zwlókł mnie z materaca z informacją, że jeśli chcemy mieć dobre warunki na kolejnym łowisku to musimy się zbierać. Następnego dnia miało być załamanie pogody.

A kolejnym miejscem miała być, poznana przeze mnie rok wcześniej, wyspa Langelland. Obudziłem śpiących w najlepsze chłopaków i po krótkiej dyskusji zdecydowaliśmy, że trzeba jechać. Nie było łatwo. Ogarnięcie zarówno siebie jak i sprzętu zajęło nam czas do 11.30! Na miejsce dojechaliśmy ok 13 i bez zwłoki weszliśmy do wody. Morze było spokojne, lekki prąd północny, widoczność w najgorszym miejscu ok 6m. Po prostu idealnie. Rozpłynęliśmy się wzdłuż brzegu w poszukiwaniu okazów. Niestety z powodu zbyt ciepłej wody było mało ładnych dorszy. Największe znalazł Ziomal. Miały ok. 1,8kg. Przeważały różne odmiany fląder i to była tego dnia nasza główna zdobycz. Największe miały do 50 cm długości.

Turbot 3,55 kgMnie udało się złowić pięknego turbota – 3,55 kg i 69 cm – pierwszego w życiu i od razu takiego ładnego. Przydało się doświadczenie zdobyte w zeszłym roku kiedy to Krzysiek strzelił turbota o wadze prawie 6 kg! Po oporządzeniu ryb nad wodą do domu wróciliśmy dopiero po 20.00. Wieczorna kolacja przedłużyła się do 3 nad ranem dzięki uprzejmości „Jasia” jak i „Jacka” wydobytych z zapasów Krzyśka.

Na ostatni dzień polowań jednogłośnie wybraliśmy ponownie wyspę. Po poprzednim dniu cieszyliśmy się z wyników ale jednocześnie chcieliśmy więcej. Nie zraziła nas trochę gorsza prognoza pogody. Decyzja zapadła.

Podobnie jak dzień wcześniej do wody wchodziliśmy ok 13.oo. Warunki pogodowe były na szczęście dobre, może trochę mocniejszy prąd. Obiecaliśmy sobie, że łowimy tylko okazowe sztuki. Mazurek zmienił miejsce wejścia do wody. Okazało się, że dzięki temu widział najwięcej dorszy z nas wszystkich. Najwięcej też strzelił. Pozostała część ekipy, w tym i ja, weszła do wody tradycyjnie od plaży. Z Ziomalem popłynęliśmy w prawo, Krzysiek z Pierem, który dołączył do nas w ostatni dzień, w lewo. Pier jest Duńczykiem i razem Krzyśkiem dość często wybierają się na podwodne polowania. Dodatkowo należy nadmienić, że nasz nowy kolega niemal przez cały czas wspierał nas, prostując skrzywione strzały i ostrząc je na igiełkę, stając się naszym cichym bohaterem.

Spotkanie na brzegu po kilku godzinach pokazało, że każdy kto zdecydował się płynąć w prawo miał większe szansę na spotkanie ryb nadających się do strzału. Mieliśmy ładne flądry, kilka dorszy a mnie ponownie udało się znaleźć turbota. Tym razem 2,9 kg. Wprawdzie był mniejszy od tego którego spotkałem dzień wcześniej, wystarczyło to jednak aby poczuć adrenalinę i przyspieszony puls w momencie kiedy zobaczyłem go pod wodą.

Nadszedł czas pożegnania i podsumowania naszej wyprawy. Wszyscy zgodziliśmy się, że wyjazd trzeba zaliczyć do bardzo udanych. Począwszy od wspaniałego przyjęcia przez Krzyśka i Adę, poprzez pogodę, która początkowo nie zapowiadała się najlepiej, a skończywszy na osiągniętych wynikach. Trocie, dorsze, turboty, rdzawce, makrela i sporo ładnych fląder.

Cały czas zdobywamy doświadczenie w łowieniu w morzu gdzie, jak się okazuje, oprócz umiejętności trzeba dużo czasu poświęcić planowaniu. Dobrze wybrane miejsce to większa część późniejszego sukcesu. Do tego przygotowany sprzęt, w tym nieodzowne pontoniki, sprawny transport i trochę szczęścia jeśli chodzi o pogodę. Myślę, że wszyscy chcielibyśmy jeszcze tam wrócić. Kto wie, może znowu za rok?

[nggallery id=34]

 

 

 

Jedno przemyślenie nt. „Jesienna wyprawa na trocie

  • Gratuluję udanej wyprawy, wspaniałych, przygód i zebranych doświadczeń.

    Niech drżą gitary struny,

    Niech wiatr grzywacze pieści,

    Gdy płyniemy pod banderą

    Morskich opowieści.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *